Był ciepły, pogodny
wieczór. Pół dnia przesiedziałaś u przyjaciółki, oglądając filmy, plotkując i
jedząc kolorowe słodkości. Niestety nie mogłaś zostać u niej na noc, więc
musiałaś wrócić do domu. Pożegnałaś się z nią, po czym wyszłaś na jasno
oświetloną uliczkę.
- Oj, trochę się zasiedziałam - mruknęłaś, spoglądając na
zegarek - wybiła 20.
Pomyślałaś o swoim
chłopaku. Może mógłby po ciebie podjechać? Nie, przejdziesz się. To tylko
kawałek. Poza tym on pewnie ma jeszcze zajęcia. Musi dużo trenować do nadchodzącego
comebacku.
Uśmiechnęłaś się pod
nosem, po czym ruszyłaś w drogę. Nie miałaś daleko, raptem parę uliczek.
Ciemnych uliczek...Przełknęłaś ślinę, widząc jak jedna z latarń zgasła, a zaraz
po niej i druga. Nie, żebyś się bała, ale po prostu czułabyś się pewniej, gdyby
jednak było jasno. Rozejrzałaś się dookoła. Nie było wcale tak późno, ale mimo
to w pobliżu nikogo nie było.
Nagle rozdzwonił się twój telefon.
- Yoboseyo?
- _____? Gdzie jesteś? - zapytał Eli.
- Właśnie wracam do domu - odparłaś.
- Sama?! - w jego głosie usłyszałaś oburzenie. -
Czemu do mnie nie zadzwoniłaś? Mówiłem ci, żebyś nie chodziła sama po ciemku,
to niebezpieczne!
W sercu poczułaś miłe ciepełko, że tak się o ciebie martwił, ale
i wyrzuty sumienia.
- Mianhe... - jęknęłaś. - Nie chciałam cię
odrywać od pracy...
- Już i tak skończyliśmy - powiedział. -
Gdzie jesteś? Przyjadę.
- Hmm, jestem koło tego starego kiosku, który zamknęli
tydzień temu - odpowiedziałaś.
- Zaraz tam będę. Nie ruszaj się stamtąd! -
rozkazał, po czym się rozłączył.
Spojrzałaś ze zdziwieniem w wyświetlacz telefonu, wzruszając
ramionami. Ostatnio zrobił się dziwnie przewrażliwiony. Ale to byłe miłe z jego
strony.
Postanowiłaś na niego
zaczekać. Ostatnia latarnia, która oświetlała kawałek ulicy, zaczęła
nieprzerwanie migać i błyskać, aż w końcu całkiem zgasła. Zostałaś sama w
ciemności i jasnym księżycem nad twoją głową.
